środa, 18 stycznia 2017

KRAINA ELFÓW, czyli witaj Islandio.

      Tegoroczne ferie postanowiłam wykorzystać dość produktywnie więc postaram się nadrobić zaległości na blogu. Dzisiejszy post pojawia się dość późno bo na Islandii byłam w przerwie świątecznej, niemniej jednak wiele się od tego czasu tam nie zmieniło. Zeszłoroczne(już) Święta Bożego narodzenia spędziłam w dosłownej krainie lodu z racji tego, że mam tam bliską rodzinę. Pomijając fakt, że pogoda potrafi zmieniać się tam w przeciągu kilku minut o 360°  to Islandia jest naprawdę przepiękna. Większość zdjęć, które zobaczycie w tym poście jest jedynie porozjaśniana (z racji tego, że dzień tam jest bardzo krótki i trwa mniej więcej 4h pomiędzy 11:30 a 15:30 więc zdjęcia wychodziły dość ciemne) i wykadrowana. Jeśli więc kiedykolwiek będziecie mieli możliwość wybrania się tam to nie wahajcie się ani chwili. Brak roślinność i występowanie dni i nocy polarnych rekompensują nam liczne gejzery, gorące źródła, wodospady a także zorze polarne. Myślę, że nie ma więcej co tutaj opisywać bo zdjęcia mówią same za siebie.


Na początek zdjęcia z Blue Lagoon - Bláa Lónið, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie za sprawą krzemionki, która sprawia, że woda jest niewiarygodnie błękitna. Nie, nie jest to efekt przeróbki zdjęć, jeśli mi nie wierzycie możecie sami poszukać zdjęć w internecie lub przekonać się na własne oczy! Jak widać na zdjęciu pogoda całkiem ładna jednak po dwóch minutach zrobiła się zamieć śnieżna i wróciłam cała biała do samochodu.




Kolejnym przystankiem naszej wycieczki tamtego dnia były gorące źródła ze złożami siarki. Jeśli znacie zapach zgniłych jaj lub kwasu siarkowodorowego (mentalny biolchem) to możecie sobie wyobrazić jak "pięknie" tam pachniało, całe szczęście zdjęcia jeszcze nie potrafią oddawać takich rzeczy.